wtorek, 23 czerwca 2015

Prokrastynacja - Krok 3 - Szybkie podjęcie leczenia

Niesamowite jest to, jak motywujące działanie na człowieka ma upublicznienie jego zamiarów. Nie pamiętam już czy słyszałam o tym na zajęciach z psychologii na studiach czy czytałam w słynnej książce Roberta Caldiniego pt. "Wywieranie wpływu" (którą gorąco polecam). W momencie gdy powiemy komuś onaszych zamiarach, o tym jakie mamy plany i co chcemy osiągnąć, zaczynamy bardziej się o to starać. Przyczyna jest prosta - nie chcemy dopuścić do sytuacji, w której ktoś zobaczy, że nam się nie powiodło.

Tak jest też u mnie. Wczoraj pisałam o uświadomieniu sobie skali problemu, a dzisiaj od samego rana działam w tym kierunku. Mam nadzieję, że dobra passa będzie trwała przez długi czas.

Jestem człowiekiem, który ma niesamowicie skomplikowaną naturę. Z jednej strony można mnie uznać za pedantkę, bo najlepiej mi się pracuje przy biurku z idealnie poukładanymi elementami, gdzie komputer stoi równolegle do bocznej krawędzi biurka, telefon leży równiuteńko na przeznaczonej do tego celu podkładce, a kawa w kubku stoi na podstawce w odpowiednio dobranym kolorze. Tak, zawsze uważałam, że są to symptomy pedantyzmu. Określałam się w ten sposób w wielu sytuacjach do momentu, gdy mój partner zwrócił mi uwagę, że pedanci... chyba zawsze mają porządek. A ja jestem w tym zupełnie inna ;) lubię sprzątać, lubię ten porządek tworzyć, ale zupełnie nie potrafię o niego dbać i w błyskawicznym tempie potrafię go zniszczyć. W moim miejscu pracy często panuje tzw. "artystyczny nieład", który doprowadza mnie samą do szału, gdy chcę zacząć pracować. Zaczynam wtedy często od porządkowania rzeczy, co zabiera mi całą masę czasu na właściwą pracę. Ojojojoj. Mam nadzieję, że po napisaniu tego tutaj znowu uda mi się dać sobie energetycznego i motywującego kopa, który uświadomi mi, że dbanie o porządek i stworzenie odpowiedniego systemu do pracy jest kluczową drogą do sukcesu.

Domyślam się, że moje pierwsze posty na tym blogu są nieco chaotyczne i w zasadzie można powiedzieć, że są o wszystkim i niczym. Sądzę, że po jakimś czasie się to zmieni, a będzie to w tym momencie, gdy wyrzucę z siebie wszystkie splątane myśli i będę miała w głowie tylko eleganckie szafeczki z równo poukładanymi pomysłami. Z zajęć z psychologii pamiętam również to, że dobrą terapią dla umysłu jest przelewanie wszystkiego na papier. Zajęcia, na których się tego dowiedziałam, dotyczyły co prawda głównie złych emocji i były związane ze sposobami pomocy ludziom, którzy doświadczyli różnych życiowych tragedii. Sposobem na traumę, wg psychologów, miało być wylanie złych uczuć na papier, a następnie zniszczenie ich, bez pokazywania komukolwiek innemu. Taki eksperyment został po raz pierwszy przeprowadzony przez psychologów na kontrolnej grupie kobiet będących ofiarami przemocy. Efekty były na tyle zdumiewające, że popularyzuje się tę metodę jako metodę radzenia sobie w sytuacjach trudnych. Działanie metody jest bardzo proste - uczucia, jakie nam towarzyszą, zaczynają się w naszej głowie. Gdy pozbędziemy się ich i zmienimy ich "miejsce zamieszkania" poprzez spisanie ich, pomoże to nam przezwyciężyć te ciężkie uczucia. Spisywanie pomaga również uporządkować myśli, o których nasz mózg nie chce zapomnieć. Wyrzucanie natłoku myśli w formie pisanej ma na celu pozbycie się ich na dany moment dzięki świadomości, że w razie potrzeby lub ochoty powrócenia do pewnych spraw, mamy je uwiecznione w znanym nam miejscu.

To tylko część porcji, jaką chciałabym wyrzucić z siebie dzisiaj. Wracam do mojego zabałaganionego pedantyzmem życia i wrócę tutaj prawdopodobnie jutro :)

Do napisania!



poniedziałek, 22 czerwca 2015

Prokrastynacja - Krok 2 - Ocena skali problemu



Nie ma to jak przekonać się o własnym problemie, jak można go zobaczyć czarno na białym. Mówię o sobie i o ciągłym odkładaniu rzeczy na (nigdy-nie-następujące) potem. Moje lenistwo i trudności w dążeniu do celu widać od pierwszych chwil istnienia tego bloga. Nie chcę nawet myśleć, ile czasu minęło od pierwszego posta, ale ta prosta matematyka sama pcha się do głowy.

Można sobie tłumaczyć niepowodzenia na wiele różnych sposobów. Nawał pracy, ciągłe zmęczenie, nadmiar obowiązków i zbyt krótka doba to tylko niektóre z nich. "Takie mamy szybkie czasy" powie ktoś inny. Ale czy czasy w niektórych aspektach nie są takie same jak dawniej? Od zawsze ludzie musieli spełniać różne wyzwania, podejmować się działań zmierzających do jakiegoś celu i też, prawdopodobnie, szło im to raz lepiej a raz gorzej. Dobrze jest sobie uświadomić pewne rzeczy, żeby uspokoić sumienie i rozgrzeszyć się przed samym sobą.

Nie zamierzam się dalej obwiniać tym, że nie zrobiłam w przeszłości tego co zamierzałam. Że nie spełniłam niektórych swoich oczekiwań, a zwłaszcza oczekiwań innych wobec mnie. Niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że moje życie jest tylko MOJE i to TYLKO ja mam prawo decydować o tym, co chcę w tym życiu robić. Nie chcę tu wyjść na egoistkę, która nie zwraca uwagi na innych ludzi. Nie o ten aspekt własnego życia mi chodzi. Mam na myśli raczej to, że do tej pory zbyt mocno brałam sobie do serca oczekiwania innych ludzi wobec siebie. Za bardzo przejmowałam się opinią innych ludzi, której i tak w większości przypadków nie usłyszałam. Często były to tylko przypuszczenia, że muszę zrobić coś tak, a nie inaczej, żeby wszyscy wiedzieli, iż jestem przykładną studentką, pracownicą, żoną itd. Tak właściwie na co to komu? Doszłam do takiego momentu, w którym wiem co jest dla mnie najważniejsze, a co jest tylko obok mnie, co nie ma dla mnie większego znaczenia i prędzej czy później przeminie.

Podsumowując ten krótki wpis, zwrócę jeszcze uwagę, że mogę nie okazać się przykładną blogerką. Mogę publikować posty na blogu raz w tygodniu, miesiącu, raz na dwa miesiące, a jak mnie najdzie ochota to i codziennie (czy są ograniczenia co do ilości postów na dzień? ;) ). Nie chcę się już ograniczać w tej jakże prywatnej i intymnej sferze. Chcę się tutaj udzielać w swoim własnym rytmie.

Jestem w końcu imperfekcjonistką.